Czasem tak jest, że czytam i nie mogę przestać - w ostatnie wakacje przeczytałam około 24 książek. W dwa miesiące. A czasem jest tak, że przez trzy miesiące czytam jedną książkę i nie mogę zmęczyć.Powodów jest wiele, ale po kolei.
Moim absolutnie ulubionym pisarzem jest David Weber, a moim ulubionym cyklem - jego Honor Harrington. Jest to cykl science fiction, opowiadający o ludzkości która już dotarła do gwiazd, utworzyła tam państwa i toczy wojny, w których uczestniczy nasza główna bohaterka, początkowo najczęściej jako dowódca statku. Honor jest swego rodzaju superwoman - inteligentna, odważna, honorowa, świetny taktyk i strateg, charyzmatyczna i na dodatek (jakby tego było mało) zmutowana tak, by być silniejszą i szybszą (właściwie - przystosowana genetycznie do planet o wyższej grawitacji, ale przy zwykłej grawitacji efekt jest jak wyżej napisałam) i ma kota, a właściwie treecata. Treecat nazywa się Nimitz i jest przedstawicielem najmniejszej znanej rasy inteligentnej (treecatów), zamieszkujących rodzimą planetę Honor - Sphinx - telepatów i empatów. A wyglądają jak koty, tylko mają trzy pary kończyn, w tym pierwszą chwytną.
Cykl czytałam już niemal dwukrotnie - raz bardzo nie po kolei, następnie wszystko co było wydane w Polsce i udało się wypożyczyć z Planety 11 - wspaniałej biblioteki w Olsztynie. Potem zaczęły wychodzić tomy po angielsku, których nie było po polsku, a ja dorobiłam się Kindla (o nim napiszę kiedyś osobno), zaczęłam studiować angielski i nie miałam cierpliwości czekać na polskie tłumaczenia. Więc zaczęłam czytać po angielsku. Pierwszym tomem, który w oryginale przeczytałam był "A Rising Thunder", najnowszy tom serii. Wiązałam z nim wielkie nadzieje - tak, jakoś. No bo wiecie - pierwsza książka od dawna, którą przeczytam w pełni w oryginale, najnowszy tom przygód mojej ulubionej bohaterki, najnowsza książka mojego ulubionego pisarza...
Książka była świetna, ale w moim życiu niczego nie zmieniła, więc towarzyszył jej końcowi pewien zawód. "To już? To tyle?" Potem było jeszcze sporo książek po angielsku, kolejne tomy serii towarzyszących głównemu wątkowi Honorverse, oraz książki innych autorów i zupełnie nie związane z Honor ani Davidem Weberem.
Aż nadeszły wakacje, spędzane w pracy na Mazurach. Po dziesięciu czy dwunastu godzinach za barem (a czasem w ich trakcie, bo aż tak wiele roboty tam nie było, nie zawsze), wracałam do mojego smętnego pokoiku i zagłębiałam się w lekturze - i tak wsiąknęły we mnie 24 tomy, nawet nie wiem kiedy.
A potem zabrałam się za najnowszy na mojej liście (wyszły jeszcze dwa, ale póki co do nich nie dotarłam) tom: "Shadow of Freedom". "Saganami", cykl towarzyszący serii "Honor Harrington" od pierwszego tomu był dla mnie dość nużący. Choć ważny dla wydarzeń głównej serii, był napisany dość ciężko i mało interesująco. I taki niestety jest początek książki "Shadow of Freedom": ciężki i mało interesujący. Częste zmiany miejsc i bohaterów, przenoszenie się z planety na planetę powodowały, że szybko traciłam zainteresowanie i miałam problemy z zapamiętaniem na której planecie co się dzieje... i nie byłam pewna, które z tych wydarzeń są ważne dla dalszego biegu akcji (nie wszystkie były).
Nie pomagało to, że czytałam sporadycznie, najczęściej idąc lub jadąc dokądś i skądś. Wydaje mi się, że gdyby książka była bardziej wciągająca poświęciłabym jej więcej uwagi - jak stało się to w drugiej połowie, kiedy akcja przyspieszyła i zaczęła się lepiej kleić. Ostatnie 40% (na Kindlu nie mam podziału na strony, tylko przeczytany procent książki) przeczytałam w jakiś tydzień. Mogłabym szybciej, ale aż tak bardzo mnie nie wciągnęło.
Wnioski - za bardzo rozprasza mnie komputer. Za dużo czytam po angielsku.
Ano tak, za dużo - zaczęłam "Sezon Burz" Andrzeja Sapkowskiego, choć bez przekonania to jakoś idzie - podobno w drugiej połowie jest znacznie lepiej. Początkowo jakoś tak dziwnie było, niewygodnie czytać po polsku. Jakby mniej naturalnie. Zaskakujące, może źle opisane, ale prawdziwe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz