środa, 16 września 2015

BBC, ja i najsympatyczniejszy reality show świata

(systematyczność nie jest moją najlepszą stroną)

Ach, BBC, świat byłby mniej piękny bez Ciebie. Nie mielibyśmy Doctora Who i nie byłoby Sherlocka. Nie byłoby Poldarka (jeszcze nie oglądałam) czy The Great British Bake Off...



I chyba najlepiej prowadzonego fanpage na Facebooku (źródło)



Czym jest GBBO? Cóż, tytułowym najsympatyczniejszym reality show świata. Ale po kolei.

Uwielbiam programy kulinarne, a dokładniej - konkursy kulinarne. Hell's Kitchen, Master Chef, Kitchen Nightmares czy wreszcie Great British Menu (które troszkę nie pasuje do poprzednich, ale nie zamierzam poświęcać mu osobnej notki)... Jedzenie i ludzie, którzy ze sobą konkurują to coś, co mnie kręci. Najczęściej są krzyki, drama, krzyki, przekleństwa, super nowoczesne kuchnie w studio, drama i napięcie. I jeszcze trochę dramy personalnej, między uczestnikami, żeby nam się przypadkiem nie znudziło. Bardzo wciągające, bardzo emocjonujące, bardzo ciekawe potrawy - jeśli interesuje Was ten typ rozrywki, oczywiście.

No i jest jeszcze The Great British Bake Off.
Konkurs odbywa się w jasnym namiocie rozbitym na trawie przy jakiejś rezydencji, cały jest jasny i pozytywny. Jury nie krytykuje z góry do dołu uczestników, nie krzyczy na nich a oni nie krzyczą na siebie wzajemnie (głównie dlatego, że każdy piecze swoje, owszem). Największym dramatem jest to, że się komuś rozpadło ciasto czy rozdzielił mus czekoladowy. Choćby czyjś wypiek miał więcej wad niż zalet, jury najpierw poda zalety, dopiero potem wady. Te ostatnie zostaną podane rzeczowo, często współczującym tonem, bez nadmiernej krytyki (co najwyżej z komentarzem, że to błąd początkującego lub wielce niefortunne, ale smak był dobry).



On tylko wygląda tak strasznie (źródło)



Każdy odcinek trwa godzinę, w ciągu której obserwujemy uczestników wykonujących trzy zadania, zawsze według tego samego schematu:
1. Signature Challenge - uczestnicy mają za zadanie upiec jakiś rodzaj ciasta, które jest tematem przewodnim danego odcinka, najczęściej w podanej przez sędziów ilości. Każda sztuka musi być idealna, i dokładnie taka jak wszystkie pozostałe. Musi się też czymś wyróżniać ponad wszystkimi innymi dziełami uczestników, bo w końcu to konkurs! Na tym etapie uczestnicy mają dużą dowolność i wolną rękę.
2. Technical Challenge - czyli wyzwanie techniczne. Uczestnicy dostają od sędziów bardzo zdawkowy przepis (np spis składników i polecenie: zrób biszkopt [konkretny, specyficzny i bardzo mało znany rodzaj biszkoptu], bez malutkich szczegółów takich jak kolejność ich dodawania, temperatura pieczenia, czas jaki ma spędzić w piekarniku), którego mają użyć to stworzenia swojej własnej wersji tradycyjnej, mało znanej (albo bardziej znanej, to zależy od odcinka) potrawy z innej części świata.
3. Showstopper - na pokazie mody, showstopper to ostatnia, najlepsza kreacja, stanowiąca serce całej kolekcji, utkana z samej duszy projektanta i sklejona krwią jego pomocników, podsumowująca całość i mająca doprowadzić do opadu żuchw wszystkich widzów. I tym właśnie ma być wypiek uczestników w ostatnim etapie konkursu: ma pokazać nie tylko ich wyobraźnię czy umiejętności techniczne, ale też oddziaływać na wszystkie zmysły i robić ogromne wrażenie, zachwycać, być istnym dziełem sztuki piekarniczej.



King of the Jungle jest prawdziwym arcydziełem(źródło)


Pod koniec ogłaszane są wyniki, jeden z uczestników nagradzany jest tytułem Star Baker, a inny - opuszcza konkurs. Z tygodnia na tydzień z początkowej dwunastki amatorów (tak, to nie jest konkurs, w którym biorą udział szefowie kuchni czy profesjonaliści), zostaje coraz mniej aż w dziesiątym odcinku ogłoszony zostanie zwycięzca.

Czy w tym pięknym, jasnym namiocie nie zdarzają się dramaty personalne? Nawet jeśli się zdarzają, nie oglądamy ich w telewizji i to jest właśnie coś, co przyciąga mnie do tego programu. To, że jest zwyczajnie sympatyczny. Optymistyczny. Pozytywny. 

(Mała uwaga: oglądam ten program dopiero drugi rok i nie nadrobiłam poprzednich sezonów. W zeszłym roku zdarzył się mały dramat ale nie było jasne, czy ktoś komuś zaszkodził specjalnie czy przez przypadek - osoba ta wycofała się z konkursu i nie wracano do tematu, dlatego odnoszę wrażenie, że to nie jest kierunek w którym dąży GBBO i zdecydowanie go takim lubię. Nie interesuję się też tym co dzieje się wokół programu, więc nie wiem czy nie ma jakichś dram w sieci.)

Polecam wszystkim, którzy lubią coś na poprawienie humoru co środę o 21.00 (naszego czasu, w Wielkiej Brytanii jest wtedy 20.00) na BBC One. Tylko najedzcie się wcześniej!



"You know you’re addicted to The Great British Bake Off when you start seeing faces in the bakes… #GBBO" (źródło)



niedziela, 8 grudnia 2013

Wiele tomów naraz

Czasem tak jest, że czytam i nie mogę przestać - w ostatnie wakacje przeczytałam około 24 książek. W dwa miesiące. A czasem jest tak, że przez trzy miesiące czytam jedną książkę i nie mogę zmęczyć.Powodów jest wiele, ale po kolei.


Moim absolutnie ulubionym pisarzem jest David Weber, a moim ulubionym cyklem - jego Honor Harrington. Jest to cykl science fiction, opowiadający o ludzkości która już dotarła do gwiazd, utworzyła tam państwa i toczy wojny, w których uczestniczy nasza główna bohaterka, początkowo najczęściej jako dowódca statku. Honor jest swego rodzaju superwoman - inteligentna, odważna, honorowa, świetny taktyk i strateg, charyzmatyczna i na dodatek (jakby tego było mało) zmutowana tak, by być silniejszą i szybszą (właściwie - przystosowana genetycznie do planet o wyższej grawitacji, ale przy zwykłej grawitacji efekt jest jak wyżej napisałam) i ma kota, a właściwie treecata. Treecat nazywa się Nimitz i jest przedstawicielem najmniejszej znanej rasy inteligentnej (treecatów), zamieszkujących rodzimą planetę Honor - Sphinx - telepatów i empatów. A wyglądają jak koty, tylko mają trzy pary kończyn, w tym pierwszą chwytną. 

Cykl czytałam już niemal dwukrotnie - raz bardzo nie po kolei, następnie wszystko co było wydane w Polsce i udało się wypożyczyć z Planety 11 - wspaniałej biblioteki w Olsztynie. Potem zaczęły wychodzić tomy po angielsku, których nie było po polsku, a ja dorobiłam się Kindla (o nim napiszę kiedyś osobno), zaczęłam studiować angielski i nie miałam cierpliwości czekać na polskie tłumaczenia. Więc zaczęłam czytać po angielsku. Pierwszym tomem, który w oryginale przeczytałam był "A Rising Thunder", najnowszy tom serii. Wiązałam z nim wielkie nadzieje - tak, jakoś. No bo wiecie - pierwsza książka od dawna, którą przeczytam w pełni w oryginale, najnowszy tom przygód mojej ulubionej bohaterki, najnowsza książka mojego ulubionego pisarza... 

Książka była świetna, ale w moim życiu niczego nie zmieniła, więc towarzyszył jej końcowi pewien zawód. "To już? To tyle?" Potem było jeszcze sporo książek po angielsku, kolejne tomy serii towarzyszących głównemu wątkowi Honorverse, oraz książki innych autorów i zupełnie nie związane z Honor ani Davidem Weberem. 



Aż nadeszły wakacje, spędzane w pracy na Mazurach. Po dziesięciu czy dwunastu godzinach za barem (a czasem w ich trakcie, bo aż tak wiele roboty tam nie było, nie zawsze), wracałam do mojego smętnego pokoiku i zagłębiałam się w lekturze - i tak wsiąknęły we mnie 24 tomy, nawet nie wiem kiedy.
A potem zabrałam się za najnowszy na mojej liście (wyszły jeszcze dwa, ale póki co do nich nie dotarłam) tom: "Shadow of Freedom". "Saganami", cykl towarzyszący serii "Honor Harrington" od pierwszego tomu był dla mnie dość nużący. Choć ważny dla wydarzeń głównej serii, był napisany dość ciężko i mało interesująco. I taki niestety jest początek książki "Shadow of Freedom": ciężki i mało interesujący. Częste zmiany miejsc i bohaterów, przenoszenie się z planety na planetę powodowały, że szybko traciłam zainteresowanie i miałam problemy z zapamiętaniem na której planecie co się dzieje... i nie byłam pewna, które z tych wydarzeń są ważne dla dalszego biegu akcji (nie wszystkie były). 

Nie pomagało to, że czytałam sporadycznie, najczęściej idąc lub jadąc dokądś i skądś. Wydaje mi się, że gdyby książka była bardziej wciągająca poświęciłabym jej więcej uwagi - jak stało się to w drugiej połowie, kiedy akcja przyspieszyła i zaczęła się lepiej kleić. Ostatnie 40% (na Kindlu nie mam podziału na strony, tylko przeczytany procent książki) przeczytałam w jakiś tydzień. Mogłabym szybciej, ale aż tak bardzo mnie nie wciągnęło.

Wnioski - za bardzo rozprasza mnie komputer. Za dużo czytam po angielsku.
Ano tak, za dużo - zaczęłam "Sezon Burz" Andrzeja Sapkowskiego, choć bez przekonania to jakoś idzie - podobno w drugiej połowie jest znacznie lepiej. Początkowo jakoś tak dziwnie było, niewygodnie czytać po polsku. Jakby mniej naturalnie. Zaskakujące, może źle opisane, ale prawdziwe.




czwartek, 14 listopada 2013

Trudne początki i Thor 2

Sierpień 2013, bardzo późno w noc, w barze w którym pracuję z gości został już tylko sympatyczny Słowak. Rozmowa dotyczy wielu rzeczy, między innymi religii, książek, Japonii... Podrzuca mi bardzo ciekawy pomysł - prowadzić dziennik dotyczący książek, które przeczytam. Pomysł zostaje mi w głowie, choć na realizację musi poczekać...

Z braku czasu, chęci i warunków, odłożyłam ten pomysł na potem, a potem jeszcze na później, bo okazało się, że książka którą czytam po wakacjach ciągnie mi się niemiłosiernie - z wielu powodów. Po pierwsze - to chyba najnudniejsza książka Davida Webera jaka wpadła mi w ręce ("Shadow of Freedom"), po drugie - mam nowy komputer i internet, więc mnóstwo czasu się marnuje na to, po trzecie - szkoły i inne wymówki. W każdym razie jeszcze jej nie skończyłam, ale pomysł ewoluował - czemu by nie pisać nie tylko o książkach, ale i o filmach? I serialach, skoro już przy tym jesteśmy? Zapewne dojdzie jeszcze do tego trochę gier (RPG, ale to przy innej okazji) i wiele bzdur...
Stąd właśnie nazwa: popcorn (filmy i nie tylko) i herbata (książki, głównie).

Tak oto powstaje pierwszy wpis na blogu, a wczorajszy seans Thora 2 jest świetną okazją. Uwaga, mogą być spoilery. Aha, i oczywiście piszę tak, jakby wszyscy wiedzieli o czym są filmy i książki, które opisuję - żal mi czasu na opisywanie wcześniejszych części cykli i rzeczy, które każdy może sobie wygooglać. Albo zapytać mnie, jeśli ma tyle czasu i odwagi, bo o rzeczach które kocham opowiadam długo i z radością.


"Thor: The Dark World" to mój najbardziej oczekiwany film roku. Jakoś po wakacjach złapałam Loki-manię, (razem z miłością do aktorów brytyjskich, a wszystko przez Zwierza) zaraz potem odkryłam tumblra. Wsiąkłam. A internet spychał mnie coraz bardziej w odmęty wcześniej nieznane - co chwilę pojawiały się wywiady, występy i gify, pełno było wszędzie Toma Hiddlestona. I dobrze, bo zasłużył, ale nie o to chodzi - nie wiedziałam, czy raczej nie zdawałam sobie sprawy, że istnieją ludzie, którzy będą składać fabułę filmu z najdrobniejszych urywków by przewidzieć co się stanie. A urywków Marvel produkował sporo. Do pewnego stopnia zepsułam sobie film, bo wiedziałam czego się spodziewać. Głównym moim pytaniem było nie "czy Loki wykorzysta i oszuka Thora" (ujęte nieco mniej kulturalnie), ale "jak bardzo".
Moja reakcja po filmie:
"Ale że jak?!" Tak, tak bardzo. Micha się śmieje i czekam na kolejną część opowieści o tym duecie, bo jakoś wątpię, by Loki był dobrym królem teraz, kiedy Frigga nie żyje. No i nie zapominajmy, że w Asgardzie pozostali przyjaciele Thora, których Loki nie ma powodu lubić i traktować dobrze. Na własną zgubę zapewnie. No i jest jeszcze Heimdall, chyba, że go Odyn uwięził... Choć coś mi w sercu szepcze - jak by to było fajnie, jakby Loki okazał się dobrym władcą... Jakby było miło... Za miło, ale mam nadzieję zobaczyć dalszą część tej historii.


Co więcej można powiedzieć? Cóż, film jest dokładnie taki jaki być powinien. Dostarcza solidnej rozrywki, a przynajmniej takiej, jakiej się spodziewałam, czyli bardzo popcornowej. Takiej, przy której nie żal chrupać, choć trzeba uważać, żeby się nie zakrztusić. Ze śmiechu. Aktorstwa nigdy nie umiem ocenić, bo nie, ale bez wahania wierzę w to, że Thor i Loki są braćmi - dobrze napisane postacie i dobrze ze sobą współgrające. Co nie jest zadziwiające dla nikogo, kto widział wywiady z Tomem Hiddlestonem i Chrisem Hemswothem - panowie rzeczywiście chwilami zachowują się jak bracia i darzą się wielką sympatią poza kamerą. 


Na początek krótko i mało refleksyjnie. Do napisania!