Sierpień 2013, bardzo późno w noc, w barze w którym pracuję z gości został już tylko sympatyczny Słowak. Rozmowa dotyczy wielu rzeczy, między innymi religii, książek, Japonii... Podrzuca mi bardzo ciekawy pomysł - prowadzić dziennik dotyczący książek, które przeczytam. Pomysł zostaje mi w głowie, choć na realizację musi poczekać...
Z braku czasu, chęci i warunków, odłożyłam ten pomysł na potem, a potem jeszcze na później, bo okazało się, że książka którą czytam po wakacjach ciągnie mi się niemiłosiernie - z wielu powodów. Po pierwsze - to chyba najnudniejsza książka Davida Webera jaka wpadła mi w ręce ("Shadow of Freedom"), po drugie - mam nowy komputer i internet, więc mnóstwo czasu się marnuje na to, po trzecie - szkoły i inne wymówki. W każdym razie jeszcze jej nie skończyłam, ale pomysł ewoluował - czemu by nie pisać nie tylko o książkach, ale i o filmach? I serialach, skoro już przy tym jesteśmy? Zapewne dojdzie jeszcze do tego trochę gier (RPG, ale to przy innej okazji) i wiele bzdur...
Stąd właśnie nazwa: popcorn (filmy i nie tylko) i herbata (książki, głównie).
Tak oto powstaje pierwszy wpis na blogu, a wczorajszy seans Thora 2 jest świetną okazją. Uwaga, mogą być spoilery. Aha, i oczywiście piszę tak, jakby wszyscy wiedzieli o czym są filmy i książki, które opisuję - żal mi czasu na opisywanie wcześniejszych części cykli i rzeczy, które każdy może sobie wygooglać. Albo zapytać mnie, jeśli ma tyle czasu i odwagi, bo o rzeczach które kocham opowiadam długo i z radością.
"Thor: The Dark World" to mój najbardziej oczekiwany film roku. Jakoś po wakacjach złapałam Loki-manię, (razem z miłością do aktorów brytyjskich, a wszystko przez Zwierza) zaraz potem odkryłam tumblra. Wsiąkłam. A internet spychał mnie coraz bardziej w odmęty wcześniej nieznane - co chwilę pojawiały się wywiady, występy i gify, pełno było wszędzie Toma Hiddlestona. I dobrze, bo zasłużył, ale nie o to chodzi - nie wiedziałam, czy raczej nie zdawałam sobie sprawy, że istnieją ludzie, którzy będą składać fabułę filmu z najdrobniejszych urywków by przewidzieć co się stanie. A urywków Marvel produkował sporo. Do pewnego stopnia zepsułam sobie film, bo wiedziałam czego się spodziewać. Głównym moim pytaniem było nie "czy Loki wykorzysta i oszuka Thora" (ujęte nieco mniej kulturalnie), ale "jak bardzo".
Moja reakcja po filmie:
"Ale że jak?!" Tak, tak bardzo. Micha się śmieje i czekam na kolejną część opowieści o tym duecie, bo jakoś wątpię, by Loki był dobrym królem teraz, kiedy Frigga nie żyje. No i nie zapominajmy, że w Asgardzie pozostali przyjaciele Thora, których Loki nie ma powodu lubić i traktować dobrze. Na własną zgubę zapewnie. No i jest jeszcze Heimdall, chyba, że go Odyn uwięził... Choć coś mi w sercu szepcze - jak by to było fajnie, jakby Loki okazał się dobrym władcą... Jakby było miło... Za miło, ale mam nadzieję zobaczyć dalszą część tej historii.
Co więcej można powiedzieć? Cóż, film jest dokładnie taki jaki być powinien. Dostarcza solidnej rozrywki, a przynajmniej takiej, jakiej się spodziewałam, czyli bardzo popcornowej. Takiej, przy której nie żal chrupać, choć trzeba uważać, żeby się nie zakrztusić. Ze śmiechu. Aktorstwa nigdy nie umiem ocenić, bo nie, ale bez wahania wierzę w to, że Thor i Loki są braćmi - dobrze napisane postacie i dobrze ze sobą współgrające. Co nie jest zadziwiające dla nikogo, kto widział wywiady z Tomem Hiddlestonem i Chrisem Hemswothem - panowie rzeczywiście chwilami zachowują się jak bracia i darzą się wielką sympatią poza kamerą.
Na początek krótko i mało refleksyjnie. Do napisania!